Książka po zeskanowaniu. Co właściwie tracimy?
Czy książka po zeskanowaniu nadal jest tą samą książką? W epoce sztucznej inteligencji jej treść może stać się cennym źródłem danych, ale fizyczny egzemplarz niesie ze sobą coś, czego nie da się zapisać w pliku: materialność, historię, proweniencję i ślady kolejnych właścicieli.
Książka po zeskanowaniu. Co właściwie tracimy?
Sztuczna inteligencja może sprawić, że zaczniemy masowo kupować książki nie po to, żeby je czytać, lecz po to, żeby je zeskanować. A potem – być może – zniszczyć.
Brzmi absurdalnie?
Jeszcze niedawno stare podręczniki z czasów PRL, nieaktualne przewodniki turystyczne, publikacje techniczne, książki kucharskie, opracowania dotyczące lokalnej historii czy dawne poradniki potrafiły przez lata zalegać na półkach antykwariatów. Ich ceny były często symboliczne, a znalezienie kupca bywało trudniejsze niż znalezienie samej książki.
Dziś część z nich zaczyna mieć zupełnie nową wartość.
Nie dlatego, że nagle wrócili do nich czytelnicy.
Ich wartość może wynikać z tego, że zawierają coś, czego coraz bardziej potrzebują systemy sztucznej inteligencji - dane, które mogą zostać wykorzystane do budowy i rozwijania modeli AI.
![]()
Stanowisko do digitalizacji książek w laboratorium Uniwersytetu w Liège. Na fotografii widoczna jest otwarta książka umieszczona na profesjonalnym skanerze do książek. Autor: Sam.Donvil. Źródło: Wikimedia Commons. Licencja: CC BY-SA 4.0
O tym zjawisku pisał niedawno „Dziennik Gazeta Prawna”. Antykwariusze w różnych krajach zaczęli otrzymywać nietypowe, hurtowe zamówienia na książki, często bardzo konkretne i wcześniej mało atrakcyjne z punktu widzenia tradycyjnego rynku. W Polsce szczególne zainteresowanie wzbudziła oferta kanadyjskiej firmy Zoom Books, która zwróciła się do antykwariuszy z propozycją długoterminowej współpracy i poinformowała o zapotrzebowaniu na ponad 800 tysięcy polskich tytułów.
Sam jestem antykwariuszem i miałem okazję wypowiedzieć się na ten temat w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. I właśnie z perspektywy osoby, która od lat zajmuje się fizycznymi książkami, mam z tym zjawiskiem pewien problem.
Nie chodzi o to, że jestem przeciwnikiem digitalizacji.
Wręcz przeciwnie.
Jeżeli dzięki digitalizacji stare książki będą mogły być przeszukiwane przez badaczy z drugiego końca świata, jeżeli ktoś będzie mógł w ciągu kilku sekund znaleźć w nich konkretny cytat, informację o wydarzeniu historycznym czy zapomnianą wiedzę techniczną, to trudno uznać to za coś złego.
Dostęp do zasobów kultury powinien być możliwie szeroki.
Biblioteki cyfrowe, archiwa i bazy danych mogą sprawić, że wiedza, która wcześniej była dostępna dla nielicznych, stanie się dostępna dla milionów.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy książkę zaczynamy postrzegać wyłącznie jako zbiór informacji.
Bo książka jest czymś więcej.
To nie jest już tylko teoria
W połowie lipca Marcin Gałązka, właściciel warszawskiego Antykwariatu Zakładka, otrzymał wiadomość od kanadyjskiej firmy Zoom Books.
Oferta była nietypowa.
Nie chodziło o kilka czy kilkanaście konkretnych książek. Firma była zainteresowana zakupami hurtowymi. W wiadomości znalazła się informacja, że lista poszukiwanych polskich tytułów obejmuje ponad 800 tysięcy pozycji. Antykwariusz został poproszony o przesłanie katalogu wraz z cenami i numerami ISBN, najlepiej w formacie Excel.
Marcin Gałązka nie zdecydował się na współpracę. Zamiast tego nagłośnił otrzymaną ofertę w swoich mediach społecznościowych, co spotkało się z dużym poruszeniem internautów i zainteresowaniem mediów.
To właśnie jego doświadczenie jest dla mnie szczególnie interesujące, bo pokazuje, że nie rozmawiamy wyłącznie o hipotetycznej przyszłości.
Marcin Gałązka zwrócił mi również uwagę na ważny kontekst całej sprawy:
„Nie chodziło o kilka czy kilkanaście konkretnych książek. Firma była zainteresowana zakupami hurtowymi. W wiadomości znalazła się informacja, że lista poszukiwanych polskich tytułów obejmuje ponad 800 tysięcy pozycji. Antykwariusz został poproszony o przesłanie katalogu wraz z cenami i numerami ISBN, najlepiej w formacie Excel. Gałązka pozostawił tę ofertę bez pozytywnej odpowiedzi a wszystko nagłośnił w swoich mediach społecznościowych, co spotkało się z dużym poruszeniem internautów i zainteresowaniem mediów”.
Marcin Gałązka, Fot. Mikołaj Starzyński
Warto przy tym doprecyzować jedną rzecz. Sam fakt zakupu czy zeskanowania książek nie oznacza, że ich treść ma zostać następnie udostępniona internautom. Takie założenie byłoby zbyt daleko idące.
Znacznie ciekawsze jest pytanie o to, po co w ogóle potrzebne są tak ogromne ilości książek i co dzieje się z pozyskanymi z nich treściami.
Jednym z możliwych zastosowań jest wykorzystanie zeskanowanych materiałów jako danych do rozwoju systemów sztucznej inteligencji. W takim przypadku użytkownik nie otrzymuje dostępu do konkretnej zeskanowanej książki. Jej treść może zostać natomiast wykorzystana jako jeden z elementów procesu, w wyniku którego powstaje system potrafiący wyszukiwać, analizować, przetwarzać czy generować informacje.
I właśnie to budzi mój niepokój.
Nie dlatego, że sama digitalizacja jest czymś złym. Przeciwnie — może być ogromną szansą dla zachowania i udostępniania dziedzictwa kulturowego.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy fizyczna książka staje się wyłącznie surowcem do pozyskania danych, a jej materialna i historyczna wartość przestaje mieć znaczenie.
Zoom Books oficjalnie przedstawia się jako firma zajmująca się masową odsprzedażą i recyklingiem używanych książek. Firma stanowczo zaprzecza zarzutom, jakoby digitalizowała lub niszczyła książki w celu trenowania modeli AI.
Nie powinniśmy więc przedstawiać tego jako udowodnionego faktu.
Ale samo zjawisko masowego zainteresowania określonymi grupami książek jest już faktem. A wraz z nim pojawia się pytanie, które moim zdaniem jest znacznie ważniejsze od tego, kto dokładnie stoi za konkretnym zamówieniem:
co się dzieje z książką, kiedy jej najważniejszą wartością staje się zawarta w niej informacja?
Książka to coś więcej niż tekst
Dla sztucznej inteligencji książka może być przede wszystkim źródłem danych. Dla antykwariusza książka nie zawsze jest tylko tekstem zapisanym na papierze.
Ale co właściwie znajduje się w książce poza tekstem?
Kiedy mówimy o skanowaniu książek, bardzo łatwo zacząć myśleć o nich jak o tekście znajdującym się pomiędzy pierwszą a ostatnią stroną. Wystarczy przecież zeskanować kolejne kartki, rozpoznać znaki i zapisać je w formie cyfrowej.
Tylko że książka nigdy nie była wyłącznie tekstem.
W książce znajdują się ilustracje, mapy, fotografie, ryciny, wykresy i tablice. Jest sposób rozmieszczenia tekstu na stronie, krój pisma, wielkość czcionki, przypisy, inicjały, winiety, ozdobniki. Czasami znaczenie ma nawet to, jak autor albo wydawca zdecydował się zestawić tekst z ilustracją.
W starych publikacjach szczególnie dobrze widać, że książka jest również przedmiotem zaprojektowanym przez człowieka.
Papier ma swoją fakturę i kolor. Druk ma określoną jakość. Karty mogą być składane ręcznie. Oprawa może być wykonana przez konkretnego introligatora. Na marginesach ktoś mógł coś dopisać, podkreślić, poprawić. Na wyklejce może znajdować się ekslibris, a na stronie tytułowej pieczęć dawnej biblioteki.
Nawet ślady zniszczenia mogą mieć znaczenie.
Zagięty narożnik, przetarcie oprawy czy plama na papierze są częścią historii konkretnego egzemplarza. Oczywiście można je sfotografować. Można je opisać. Można nawet stworzyć bardzo dokładny cyfrowy model książki.
Ale nadal będzie to zapis informacji o przedmiocie, a nie sam przedmiot.
I właśnie tutaj pojawia się pytanie, które wydaje mi się szczególnie ważne w całej dyskusji o digitalizacji:
Czy zeskanowaliśmy książkę, czy tylko wszystko, co potrafiliśmy z niej odczytać?
To nie jest to samo.
Możemy bowiem zachować treść, ilustracje i wygląd stron, a mimo to utracić coś, czego żadna technologia skanowania nie jest w stanie w pełni przenieść — materialną obecność książki i jej indywidualną historię.
Dla algorytmu dwa egzemplarze tego samego wydania mogą być niemal identyczne.
Dla antykwariusza i kolekcjonera mogą być zupełnie różnymi obiektami.
Jeden może być czysty, nieczytany i pozbawiony jakichkolwiek śladów poprzednich właścicieli. Drugi może mieć odręczną dedykację autora, ekslibris znanej osoby, pieczęć przedwojennej biblioteki i oprawę wykonaną przez cenionego introligatora.
![]()
Oprawa ze skóry naturalnej - ochrona książki, ale także część jej materialnej historii. Fotografia: pracownia Antykwariatu Sobieski
Tekst jest ten sam. Książki nie są takie same.
I być może właśnie ta różnica będzie miała coraz większe znaczenie w świecie, w którym sam tekst stanie się czymś, co można skopiować, przeszukać i przeanalizować w ciągu kilku sekund.
Najbardziej niepokojący scenariusz
Dlatego nie wyobrażam sobie sytuacji, w której na potrzeby pozyskania danych rozbieramy na części siedemnastowieczny starodruk albo niszczymy pierwsze wydanie ważnego dzieła literackiego.
Takie przypadki wydają się dzisiaj abstrakcyjne.
I mam nadzieję, że pozostaną abstrakcyjne.
Ale nie są całkowicie wymyślone.
W Stanach Zjednoczonych ujawniono przypadki tzw. „destrukcyjnego skanowania”, w którym książki były mechanicznie rozcinane, aby przyspieszyć proces skanowania, a następnie trafiały do zniszczenia. W jednej ze spraw sądowych dotyczących Anthropic kwestia takiego wykorzystania legalnie zakupionych książek stała się przedmiotem szerokiej debaty prawnej i środowiskowej.
I tutaj pojawia się problem, którego wcześniej właściwie nie mieliśmy.
Jeżeli książka jest kupowana jako nośnik danych, to z ekonomicznego punktu widzenia jej fizyczna forma może stać się przeszkodą.
Książkę trzeba kupić.
Trzeba ją przewieźć.
Trzeba znaleźć konkretny egzemplarz.
Trzeba go otworzyć.
Trzeba zeskanować setki stron.
A jeżeli ktoś chce zeskanować miliony książek, naturalnym pytaniem staje się: jak zrobić to szybciej?
I właśnie tutaj pojawia się destrukcyjne skanowanie.
Z punktu widzenia procesu przemysłowego rozcięcie książki może być efektywnym rozwiązaniem.
Z punktu widzenia kultury jest czymś zupełnie innym.
A co, jeżeli książka jest własnością prywatną?
Pojawia się jednak jeszcze jeden, znacznie trudniejszy problem.
Wyobraźmy sobie, że przychodzi do antykwariusza klient i mówi:
„Kupuję wszystko. Płacę zgodnie z pańskimi cenami”.
Nie interesuje go jedna książka.
Chce kupić ich sto, pięćset albo tysiąc.
I co wtedy?
Jeżeli książki są jego własnością, co właściwie możemy zrobić?
Czy możemy powiedzieć właścicielowi, że wolno mu je posiadać, ale nie wolno mu zrobić z nimi tego, co zamierza?
W przypadku zwykłych książek odpowiedź wydaje się stosunkowo prosta.
W przypadku obiektów posiadających status zabytku sytuacja jest bardziej skomplikowana. Prawo przewiduje szczególne zasady ochrony określonych dóbr kultury.
I dobrze.
Ale wraz z rozwojem technologii warto chyba zadać sobie pytanie, czy obecne mechanizmy ochrony zawsze odpowiadają rzeczywistej wartości obiektu.
Bo wartość książki nie zawsze wynika wyłącznie z jej wieku czy ceny.
Czasami wynika z tego, co ta książka reprezentuje.
Pierwsze wydanie ważnego dzieła może mieć dla kolekcjonera ogromne znaczenie nie dlatego, że jest stare, ale dlatego, że jest materialnym świadkiem momentu, w którym dane dzieło po raz pierwszy pojawiło się w obiegu.
Podobnie z egzemplarzem należącym kiedyś do konkretnej osoby.
Jeżeli na jego kartach znajdują się ślady kolejnych właścicieli, książka zaczyna opowiadać historię niezależną od tekstu, który został w niej wydrukowany.
Paradoks AI
I tutaj dochodzimy do paradoksu.
Im łatwiejszy będzie dostęp do treści książek, tym większe znaczenie może mieć ich fizyczny oryginał.
![]()
Władysław Reymont, „Osądzona” - karta tytułowa pierwszego wydania.
Jeżeli za pomocą telefonu będziemy mogli w kilka sekund przeszukać miliony zeskanowanych książek, sam tekst stanie się dobrem coraz łatwiej dostępnym.
Informacja stanie się powszechna.
Ale właśnie wtedy może wzrosnąć znaczenie tego, czego nie można skopiować.
Oryginalnego egzemplarza.
Jego papieru.
Oprawy.
Dedykacji.
Ekslibrisu.
Śladów czytania.
Historii kolejnych właścicieli.
Proweniencji.
W pewnym sensie AI może więc doprowadzić do bardzo ciekawego odwrócenia wartości.
Tekst będzie coraz tańszy. Egzemplarz może stawać się coraz cenniejszy.
To nie oznacza oczywiście, że każda stara książka stanie się nagle obiektem kolekcjonerskim.
Wręcz przeciwnie.
Masowy rynek książki może zostać jeszcze mocniej podzielony.
Z jednej strony będą miliony publikacji, których treść będzie można znaleźć natychmiast w świecie cyfrowym.
Z drugiej - będą książki, których wartość będzie wynikała właśnie z ich materialnej wyjątkowości.
To może być pierwsze wydanie.
Rzadkie wydanie.
Unikatowa oprawa.
Egzemplarz z wyjątkową proweniencją.
Książka należąca kiedyś do konkretnej osoby.
Rękopis.
Dedykacja.
Albo po prostu piękny, zachowany przez pokolenia przedmiot.
![]()
Marmoryzowane wyklejki – dekoracyjny element tradycyjnej oprawy książkowej.
Nie tylko kwestia AI
Pozostaje jeszcze kwestia praw własności intelektualnej.
Tu sprawa jest zdecydowanie bardziej skomplikowana niż proste pytanie: „czy wolno zeskanować książkę?”.
Pojawia się pytanie o to, co dzieje się później z pozyskanym materiałem.
W jaki sposób jest wykorzystywany?
Do czego służy?
Czy trafia do publicznej biblioteki cyfrowej, prywatnej bazy danych czy komercyjnego systemu?
Czy służy do wyszukiwania informacji, czy do trenowania modelu?
Gdzie przebiega granica pomiędzy korzystaniem z istniejącego dorobku kultury a wykorzystywaniem go w sposób, który może wpływać na prawa jego twórców?
Nie jestem prawnikiem i nie chciałbym udawać, że na wszystkie te pytania istnieją dzisiaj proste odpowiedzi.
Ale właśnie dlatego warto o nich rozmawiać.
Zanim technologia wyprzedzi nasze refleksje.
Co możemy zrobić już teraz?
Jest natomiast coś, co możemy zrobić już teraz.
Czytać.
I zachęcać do czytania innych.
Bo rolą antykwariusza nie powinno być wyłącznie kupowanie i sprzedawanie książek.
Oczywiście kolekcjonerstwo ma wymiar finansowy.
Nie ma w tym nic złego.
Dobra książka może być inwestycją. Może mieć wysoką wartość rynkową. Może być poszukiwanym obiektem kolekcjonerskim.
Ale jeżeli ograniczymy książkę wyłącznie do jej ceny, przegramy coś znacznie ważniejszego.
Naszą rolą jest również kształtowanie przyszłych czytelników.
Być może za kilkanaście lat część z nich zostanie naszymi klientami i zacznie kolekcjonować pierwsze wydania, starodruki czy piękne oprawy.
Ale to jest konsekwencja czegoś znacznie ważniejszego:
zainteresowania samą książką.
Nie chciałbym bowiem żyć w świecie, w którym książki przetrwają wyłącznie jako obiekty kolekcjonerskie, wyceniane przez aukcjonerów i kolekcjonerów, podczas gdy coraz mniej osób będzie je po prostu czytać.
Być może największym paradoksem epoki AI będzie więc to, że maszyna nauczy się czytać książki szybciej niż człowiek, a naszym zadaniem stanie się przypomnienie ludziom, dlaczego w ogóle warto je czytać.
Bo książka to nie tylko informacja.
To także przedmiot, pamięć, historia, ręce kolejnych właścicieli, ślad czasu i część naszej kultury.
A tego nie da się sprowadzić do pliku.
Autor: Paweł Kołata, Antykwariat Sobieski
źródła:
-
Dziennik Gazeta Prawna” - „Zeskanuj i zmiel. Jak AI żywi się starymi książkami” https://edgp.gazetaprawna.pl/magazyn/artykuly/11289740%2Czeskanuj-i-zmiel-jak-ai-zywi-sie-starymi-ksiazkami.html?utm_source=chatgpt.com
-
Wirtualne Media - „Zagraniczne firmy skupują polskie książki. Mogą posłużyć do trenowania AI” https://www.wirtualnemedia.pl/zagraniczne-firmy-skupuja-polskie-ksiazki-moga-posluzyc-do-trenowania-ai%2C7315847212050496a?utm_source=chatgpt.com
-
Publishers Lunch - stanowisko Zoom Books https://lunch.publishersmarketplace.com/2026/05/zoom-books-responds-to-accusations-of-selling-books-for-ai-scraping/?utm_source=chatgpt.com
-
The Guardian - „More than just objects” https://www.theguardian.com/technology/2026/aug/02/australian-book-sellers-alarm-destruction-rare-titles-ai-supply-chain?utm_source=chatgpt.com
-
Fortune – śledztwo dotyczące destrukcyjnego skanowania https://fortune.com/2026/07/31/dutch-bookseller-ai-spam-phishing-3000-book-copies-scan-destroy/?gsid=5470a5df-39a5-4396-938c-51f00efbb95c&utm_source=chatgpt.com
Angielska